Rozmiar: 20755 bajtów


    7 kwietnia 2009 roku
Nazywam się Justyna Talik, mam 21 lat, mieszkam w Częstochowie. Swoją edukację w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych im. Jacka Malczewskiego musiałam przerwać w bardzo ważnym dla mnie momencie.

W dyplomowo-maturalnej klasie dowiedziałam się, że jestem ciężko chora, diagnoza brzmiała - białaczka. Na szczęście trafiłam w ręce najlepszych specjalistów. Od lutego 2007 roku leczyłam się na oddziale DCTK z KBDSz, Prof. dr hab. med. Andrzeja Lange we Wrocławiu. Mój organizm nie protestował i posłusznie poddał się leczeniu. Dokładnie 3 lipca 2007 roku, całkowicie zdrowa, przeszłam zabieg przeszczepienia szpiku kostnego od dawcy niespokrewnionego. Już z zupełnie zdrowym szpikiem rozpoczęłam nowe życie. Przeszłam jeszcze spore komplikacje po przeszczepie, a mianowicie w płynie mózgowo-rdzeniowym wykryto prątki gruźlicy, co zdiagnozowano gruźliczym zapaleniem centralnego układu nerwowego. Na szczęście i to udało mi się pokonać, chociaż łatwo nie było.
Obecnie jestem w domu, odpoczywam, regeneruję siły i dużo maluję. Od zawsze pasjonowałam się sztuką, malowanie było dla mnie czymś zwyczajnym, codziennym zajęciem, o ile pozwalał na to czas. Dlatego tak ciężko było mi się pogodzić z wiadomością, że muszę z tego zrezygnować, gdyż materiały, których używałam do tej pory (farby olejne i wszystkie niezbędne podczas malowania rozpuszczalniki) są dla mnie niebezpieczne i mogą zagrażać mojemu zdrowiu. Wtedy zainteresowałam się akwarelą i pokochałam ją z całego serca. Tą techniką posługuję się od ok. roku. Jest trudna, praktycznie codziennie odkrywam jej nowe możliwości. To technika, w której trzeba mieć pewną rękę, nie bać się śmiałych pociągnięć pędzlem - ja często za dużo uwagi poświęcam na niepotrzebne detale.
Akwarela stała się sposobem na gorszy dzień, spadek sił czy nastroju, na przetrwanie miesięcy spędzonych w domowym zaciszu oraz na spełnianie się twórczo.


Justyna Talik     
orginał listu     


    Nie boję się białaczki
"Uśmiechnięta, energiczna, głośna. Nagle poważniejsza, cichsza, coraz bardziej zmęczona, jakby smutniejsza."Idziemy na spacer z psem ?" "Nie mam dziś siły. Proszę, nie idź tak szybko" - mówiłam mężowi. Kiedyś to zawsze on musiał biec za mną. Trzeba zrobić badanie krwi. Trzy dni oczekiwania... i wynik - ostra białacza szpikowa. Moja uśmiechnięta (podobnie jak ja) pani doktor przedstawiła mi sytuację ze stoickim spokojem, promienny uśmiech zniknął z jej twarzy na ledwie zauważalną chwilkę. Czy to wyrok? Nic podobnego!

Od dwóch tygodni leżę w szpitalu podpięta pod kroplówkę sączącą we mnie kolorowe płyny. Widzę wokół siebie pogodne spojżenia mojego męża i synów. Wszyscy staramy się być spokojni. Wszak "wszystko będzie dobrze". Nie mam zamiaru ich zawieść. Nie będą przeze mnie płakać. Jak dobrze, że byłam kiedyś harcerką. To teraz pomaga pokonać trudności. Niemal zapomniani znajomi wychodzą spod ziemi, śla SMS-y, dzwonią. Dni upływają na badaniach, terapii, ale i na słuchaniu muzyki, czytaniu. Będzie dobrze. To początek drogi. Uda mi się. Nie boję się. Napiszę za sześć miesięcy. Z domu !

Wygrałam z białaczką

W sierpniu obiecałam, że w lutym będę zdrowa. Jestem ten list winna tym wszystkim, którzy pamiętają list Julii z wynikiem: ostra białaczka szpikowa. Właśnie wróciłam z koncertu Tommy'ego Emmanuela, bo mój syn powiedział w sierpniu: "Mamo, 9 kwietnia idziemy - pamiętaj..." I poszłam. Łzy stawały w oczach przy dźwiękach gitary, a ja byłam szczęśliwa, że jestem, słucham i widzę filcharmonię wypełnioną po brzegi ludźmi. Piszę i patrzę przez okno na maleńkie krokusy, które w październiku zasadziła moja przyjaciółka, i znowu się cieszę, że je widzę! Na razie mi się udało. Trzymała mnie za ręce rodzina, mąż, który był przy mnie zawsze, synowie, siostra płacząca, kiedy nie widziałam, koledzy z pracy i przyjaciele. Nie wiedziałam, że jest ich tylu. A co powiedzieć o anonimowym dawcy szpiku z dalekiego Hamburga, profesjonaliźmie personelu medycznego, o dziesiątka honorowych dawców krwi, indywidualnych i w akcji zorganizowanej w pracy męża. Mam ich wszystkich w sercu. Chodzę po domu i śpiewam! Już nikt nie musi się o mnie martwić. Patrzę przez okno i widzę drzewa, ptaki, niebo. Za chwilę wróci moja rodzina. Naleję im zupy i będę na nich patrzyła. Jak dobrze że jestem.


Julia     


    8 sieprnia 2003 roku
"Niedługo minie 5 lat, kiedy usłyszałam diagnozę - białaczka przewlekła szpikowa. W pierwszej chwili wielki szok, ale już po "chwili" zorientowałam się , że nie jestem sama. Wokół mnie byli ludzie, którzy wierzyli, że moja walka zakończy się sukcesem.

Od pierwszego kontaktu z poradnią hematologiczną w Białymstoku, a następnie z ośrodkiem przeszczepiania szpiku we Wrocławiu, poczułam, że jestem we właściwym miejscu, wśród najlepszych specjalistów. Wszelkie wątpliwości, uczucie niepokoju, właściwie zniknęło. Atmosfera Oddziału, ogromna fachowość kadry, niezwykła życzliwość i prawdziwie rodzinne kontakty, zarówno ze współpacjentami, jak i personelem w białych i zielonych fartuchach, spowodowała, że miałam wrażenie, iż znalazłam się tam nie po to, by zwalczyć swoją chorobę, ale dlatego, że byłam tam komuś jeszcze potrzebna. Już nie pamiętam bólu, rozterek, zniecierpliwienia, całodobowych kroplówek oraz braku sił i włosów. W mojej pamięci i w sercu na zawsze pozostaną wspaniali ludzie - Ci, którzy razem ze mną toczyli walkę o życie, Ci, którzy pozwolili nam ją wygrać oraz Ci, którym zawdzięczamy to, że teraz możemy snuć plany - dawcy.
Chciałabym podzielić się ze wszystkimi moją radością. Oddając się w najbardziej kompetentne ręce Pana Profesora Andrzeja Lange i jego wspaniałego zespołu, przez moment nie miałam wątpliwości, że tutaj we wrocławskim ośrodku na pewno mi się uda.
Ponad 3 lata minęły od przeszczepu, a obraz choroby powoli się zaciera, wyniki są "aż za normalne" i wydaje mi się, że to był jakiś koszmarny sen. Tylko wtedy, kiedy dzwonię do swych przyjaciół - towarzyszy w walce czy lekarzy, przypomina mi się, kiedy i w jakich okolicznościach, zawiązały się te głębokie przyjaźnie. Stanowimy jedną rodzinę, mu - pacjenci, lekarze, najlepsze na świecie pielęgniarki. Zespół wzięty jakby żywcem ze szpitala w serialowej Leśnej Górze. Dziękuję Wam bardzo. Mam nadzieję, że Wasza ogromna praca będzie nadal przynosiła tak wymierne efekty, zawsze uwieńczone sukcesem, jak w moim przypadku. Tego życzę Wam i wszystkim Waszym pacjentom."


Izabela Piasecka     


28 wrzesień 2002 roku
"Zaczęło się 6 lat temu. Robiłem całkiem normalne badania, które były mi potrzebne do przyjęcia do pracy. Okazało się, że los zadecydował inaczej...

Byłem chory na białaczkę! Badania, konsultacje i wizyty u lekarzy w różnych miastach Polski. Wreszcie wyjazd na leczenie - miejsce? : Szpital we Wrocławiu. Tam pod kierunkiem prof.A.Lange zostałem zakwalifikowany do przeszczepu szpiku od dawcy niespokrewnionego. W dniu 27 czerwca 1999 roku zostałem poddany zabiegowi przeszczepienia szpiku. Kilka dni po przeszczepie zaczęły się komplikacje, z którymi mój organizm dawał sobie jednak radę. Opieka lekarzy i pielęgniarek doprowadziła do szybkiego powrotu do zdrowia. Dzisiaj 3 lata po przeszczepie czuję się zdrów "jak ryba" i mogę w pełni cieszyć się życiem. Obecnie pracuję, nie mam żadnych dolegliwości i zamierzam wykorzystać w pełni każdą minutę swego życia.

Korzystając z okazji pragnę podziękować tym wszystkim dzięki którym żyję tj.prof. A.Lange, lek.prowadz. J.Dybko oraz całemu personelowi Szpitala.

Przede wszystkim dziękuję osobie dzięki której doszło do tego przeszczepu - kobiecie z Francji, której mam nadzieję będę mógł kiedyś podziękować osobiście".

"Życie choć krótkie tak piękne jest.
Przekonał się - kto otarł sie o śmierć..."


Dariusz Kud
lat 29
zam. Ustrzyki Dolne
e-mail : kuddarek@wp.pl